Pociąg był ciasny jak puszka, wypełniony ludźmi po brzegi. Każde miejsce zajęte, każdy korytarz pełen walizek i rozmów. Klimatyzacja próbowała walczyć z tłumem, ale przegrywała. Powietrze było ciężkie, gęste, niemal stojące. Czuło się każdą minutę jazdy, a sześć godzin zdawało się rozciągać jak guma. Mimo to trwaliśmy, mijając Casablankę, Rabat i dziesiątki mniejszych miejscowości, które migały za oknem jak krótkie oddechy.
ZDERZENIE Z MIASTEM
Kiedy w końcu wysiedliśmy na stacji w Fezie, poczuliśmy, że wchodzimy w zupełnie inny świat. Miasto było religijne, konserwatywne, zanurzone w tradycji. Nie było tu krótkich spodenek ani topów na ramiączkach tylko długie tkaniny, spokojne kolory i rytm, który nie przypominał niczego europejskiego.
Przywitały nas czerwone taksówki, jak małe, ruchliwe mrówki krążące po ulicach. Jedną z nich pojechaliśmy prosto do medyny.
ZWIEDZANIE MEDYNY
Medyna w Fezie nie jest zwykłą medyną. To labirynt, który żyje własnym życiem. Największa w Maroku, najłatwiejsza do zgubienia się, najtrudniejsza do zrozumienia.
Przy każdej uliczce czaił się przewodnik, gotowy poprowadzić nas w głąb tego świata.
Zaczęliśmy od Bab Boujloud, bramy w kolorze niebieskim, i weszliśmy na ulicę Tala Kebira drogę, która zdawała się nie mieć końca. Po obu stronach wyrastały małe sklepiki pachnące mydłami, olejkami arganowymi, ceramiką o wzorach tak pięknych, że chciało się je dotykać. Pamiątki, pocztówki, szale, ubrania wszystko mieszało się w jeden wielki, barwny strumień.
Skręcaliśmy w kolejne uliczki, coraz węższe, coraz bardziej kręte. Warsztaty olejowe, miejsca modlitwy, zaproszenia od miejscowych, którzy chcieli nas oprowadzać. Odmawialiśmy, próbując zachować własny rytm. W końcu wyszliśmy na drugą stronę medyny zmęczeni, ale zachwyceni tym, jak bardzo to miejsce różni się od Europy. Tu człowiek naprawdę czuje, że jest gdzieś indziej. Bodźce atakują z każdej strony, a ludzie napraszają się pomocą, zanim zdążysz pomyśleć.
HOTEL I WIECZORNY SPACER
Wracając do bramy, zaczęliśmy szukać hotelu. Kilka było pełnych, a zmęczenie po podróży zaczynało nas gryźć. W końcu ktoś usłyszał nasze rozmowy i zaprowadził nas do wolnego miejsca. Hotel okazał się całkiem dobry wystarczająco, by odetchnąć.
Wieczorem wróciliśmy do medyny. Było więcej ludzi, więcej światła, więcej magii. Weszliśmy do restauracji na wysokim piętrze i usiedliśmy na balkonie, z którego widzieliśmy główną ulicę, inne lokale, stragany i koty krążące między stolikami. Zjedliśmy kolację, patrząc na pulsujące życie Fezu, a potem wróciliśmy do hotelu.
Tak zakończył się nasz intensywny dzień w mieście, które potrafi człowieka pochłonąć.