Zaczęliśmy dzień o 6 rano. Szybkie pakowanie, ostatnie ogarnięcie plecaków i ruszyliśmy na dworzec autobusowy w Salonikach. Kupiliśmy bilety na stanowisku Stambuł i czekaliśmy. Autobus trochę się spóźnił, ale i tak cud, że w ogóle przyjechał. Na tym przystanku wsiadaliśmy tylko my.
Po drodze były przystanki w Kawali, Ksanti, Komotini i Aleksandropolis. Widoki robiły robotę – zwłaszcza Góra Olimp, która z daleka wyglądała jakby naprawdę dymiła. Czas mijał różnie: raz szybko, raz wolno. Trochę spaliśmy, trochę patrzyliśmy przez okno. Po drodze dosiadali się kolejni pasażerowie. W pewnym momencie wsiadł Grek z kozą na plecach i to był moment, w którym stwierdziliśmy, że ta podróż będzie wyjątkowa.
Najpierw przekraczaliśmy granicę grecko‑turecką. Wszyscy wysiadali, oddawali paszporty, można było wejść do strefy bezcłowej. Ludzie kupowali papierosy jak szaleni – po przeliczeniu paczka wychodziła około 10 zł. Potem była druga granica, już po stronie Turcji. Kolejna strefa, kolejne zakupy, kolejne czekanie. Po wszystkim zostało jeszcze około 200 km do Stambułu. Po drodze była jeszcze jedna szybka przerwa na toaletę.
Po wjeździe do Turcji od razu rzucały się w oczy flagi dosłownie wszędzie. W trakcie jazdy zarezerwowałam hotel Tamara, blisko placu Taksim. Po przyjeździe zamówiliśmy taksówkę. Kierowca próbował się z nami dogadać przez translator i pierwsze, co nam powiedział, to że tu jest bardzo duży ruch.
Dojechaliśmy pod hotel… i okazało się, że nie ma miejsc. Menadżer przepraszał, ale co nam po przeprosinach. Booking zrobił psikusa. Na szczęście trafiliśmy na ulicę pełną hoteli, więc zaczęliśmy szukać. Po drodze wymieniliśmy pieniądze w Turcji warto mieć i kartę, i gotówkę, bo nie wszędzie terminal działa. Na Taksim można też wypłacać euro i dolary. A w wielu miejscach można nimi normalnie płacić.
W końcu znaleźliśmy hotel z wolnym pokojem. Był trochę w piwnicy, ale duży i miał wszystko, co trzeba. Po takiej podróży to brzmiało jak luksus.
Wieczorem poszliśmy coś zjeść. Wyszliśmy na İstiklal Caddesi, główną ulicę Stambułu. Promotorzy zaczepiali z każdej strony, wciskając swoje restauracje. ,,My friend,best food, come come! klasyk. W końcu daliśmy się zaprosić. Zjedliśmy mięso z sałatkami, było bardzo dobre.
Po kolacji wróciliśmy do hotelu i padliśmy po całym dniu jazdy.
























